- Widzisz, to proste jest bardzo – mówi.
Tak właśnie mówi, przemawia, opowiada. Że to proste i banalne, i całkiem logiczne oraz także zrozumiałe całkiem, a nawet niezwykle i nachalnie wręcz oczywiste. I ciężko się z nią nie zgodzić właściwie, bo siła jej argumentu jest wielka, a zasadza się na tej łydce odzianej w kabaretkę, co ona mi to tą łydką macha, wymachuje bezczelnie i wodzi mnie na pokuszenie. I pewnie nawet nie zdaje sobie sprawy, ba!, na pewno sobie nie zdaje, że słucham jej tak trochę niedbale, właściwie to całkiem jej nie słucham, bo już dawno przestała ona być dla mnie wartościowa merytorycznie, intelektualnie. Można nawet powiedzieć, że dokładam wszelkich starań i bardzo mocno koncentruję się na tym, żeby jej NIE słuchać, a staram się tak od momentu, gdy zdałem sobie sprawę, że ta jej mowa – trawa, te pretensjonalne, zaangażowane wywody, te wynurzenia łydki w kabaretce coś mi robią złego ze mną, ze mnie. Że męczy mnie ona, ta kobieta, to szatańskie dziecko, nieskończenie. Że właściwie to chętnie bym się z nią przespał, i owszem, bo kręci mnie ta jej blizna, co jej kawałek kiedyś zobaczyłem, jak naćpaną zbierałem ją w imię starej przyjaźni z parkingu pod dworcem. Nikomu nie powiedziałem, że mi, na mnie, ta blizna tak oddziałuje, że mi się podoba, bo raz, że nikogo to nie interesuje na pewno, a dwa, że ja jestem taki bardziej intro- niż ekstra-.
- Słuchasz mnie w ogóle?
No to ja na to reaguję wręcz podręcznikowo, ruchem pionowym posuwisto - zwrotnym podbródka z góry na dół i z powrotem, żeby ją tak jakby zapewnić, że jest wartościowa i interesująca. A po chwili przypominam sobie, że mam jeszcze otwór gębowy, więc postanawiam go spożytkować w celu poparcia przekazu wizualnego przekazem werbalnym, bo może jak ona się poczuje doceniona, to na serio ze mną do tego łóżka pójdzie, a już wtedy to ja sobie tę bliznę obejrzę dokładnie, pomacam, zbadam fakturę tkanki. Fascynują mnie takie rzeczy. Dlatego zawsze głaszczę obrazy w muzeach, za co jestem notorycznie opieprzany. Pierdolnięty na punkcie dotyku jestem, bez dotyku odbiór jest niepełny. Niech się cieszą, że tych obrazów nie liżę, smak też jest ważny. Bliznę bym polizał pod pozorem pocałowania, albo jakby zasnęła. Co to ja miałem…? Aha.
- Oczywiście, że cię słucham. Mówisz, że to proste?
- Bardzo! No jasne, spójrz. Tu mam konstytucję, zaraz ci pokażę…
I już grzebie w tym worze, co go zawiesza sobie na ramieniu zawsze, co jest cztery razy taki, jak ona. Kobieta. Fascynujące stworzenie. Wyciąga tę małą książeczkę, zaczyna przerzucać kartki. To mnie już trochę budzi z łydkowo – kabaretkowo - bliźnianego letargu, bo jak w grę wchodzi słowo pisane, ustawa do tego, to jest szansa, że będzie to miało jakiś sens, i że nie będzie to bełkot, co logicznie doprowadzić może do sytuacji, w której ja coś zrozumiem z tego, o czym ona do mnie rozmawia. Wtedy ja coś powiem i jej się wyda, że faktycznie jej słuchałem. A później, jak już ona będzie doceniona i wysłuchana, spełniona intelektualnie, o, stąd już tylko krok do polizania blizny. Tak. Cel jest szczytny, absolutnie nie zbożny. Wytężam więc wszelkie pokłady inteligencji i zdolności koncentracji, co łatwe wcale nie jest, gdyż może zapomniałem o tym wspomnieć, ale upalony jestem jak dzika świnia.
No to ona mi pokazuje, że „o, masz, przeczytaj sobie, artykuł 18”, a ja się wpatruję w te znaczki i trochę się czuję zbity z tropu i wybity z rytmu, z ogólnej równowagi, bo już widzę z przerażającą jasnością, że żadnego całowania żadnych blizn dzisiaj nie będzie, że pocałować to ja się mogę w nos, co raz, że jest niewykonalne, a dwa, że mało mnie kręci, więc właściwie po co. A dzieje się tak nieprzyjemnie i mało romantycznie z takiego oto powodu, że ta konstytucja to jest chyba konstytucja arabska albo chińska co najmniej, bo ja tych robaczków nie widzę i nie rozumiem. No, na alfabetę to się jeszcze nigdy nie spaliłem, ciekawa faza, szkoda tylko, że zupełnie nieadekwatna do sytuacji, bo już się tą kabaretką i tą blizną zdążyłem podniecić jak szczerbaty sucharami. I oto spływa na mnie olśnienie, co musi być spowodowane faktem, że nie jadłem od dwóch dni, co ułatwia pracę synaps czy czegoś tam. Mózg lepiej pracuje w każdym razie i mój właśnie wykonał niebagatelną pracę. I oto, oświecony i pewny niechybnego sukcesu, podnoszę głowę, zaglądam jej głęboko w oczy i bardzo powoli, dobitnie i wyraźnie, tonem głosu odpowiednio obniżonym mówię do niej:
- Masz absolutną rację.
I powstrzymuję resztkami sił szeroki uśmiech, co by mi się był na gębie mojej obłudnej i lubieżniej nieuchronnie rozlał na widok jej reakcji, gdyby nie to, że ona na mnie patrzy. Bo oto ona rozpromienia się niczym stokrotka o poranku, plecki jej się prostują w ramach dumnego wypięcia piersi naprzód, noskiem, całkiem zgrabnym zresztą, wciąga powietrze z cichym, zadowolonym świstem, łydka w kabaretce tryumfuje.
Widzę, że jestem na dobrej drodze, a ona jeszcze nie do końca wie, że oto wróg u bram. Już teraz to się zawziąłem, już jej nie odpuszczę, już teraz dokładnie wiem, co robić. Bo może i ona jest inteligentna, ta kobieta, dziewczyna, samica, co jest dobre w sumie, bo ja głupich nie lubię, ale ja mam nad nią przewagę. Gdyż ja nie tylko jestem inteligentny, ale też jestem głodny, mam sprawne synapsy i obrany cel, do którego dążę. I zdeterminowany jestem jak jasna cholera.
Jakiś gówniarz, amator jakiś, zaproponowałby jej teraz wino. Co ona by się od razu skumała, o co chodzi. Ale nie ja, o nie! Ja już ją mam rozłożoną na czynniki pierwsze, rozpisaną dla mnie tylko zrozumiałym alfabetem.
- Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia, moja droga. Napijemy się mianowicie wódki, bo ta dyskusja zaczyna mnie wciągać, a sama na pewno wiesz, że prawdziwy intelektualista w tym smutnym, szarym kraju żyje wódką i tytoniem. Taka świecka tradycja.
No to ona mi prawie z krzesła teraz spada, bo raz, że załapała się nagle do grona ludzi nazywanych przeze mnie intelektualistami, a dwa, że picie wódki oznacza, że traktuję ją jak kumpla, a nie jak kawał mięsa do przelecenia. Tłumię pierwszy pisk sumienia i wstaję po kieliszki.
Blizna w smaku nie różni się niczym od zwykłego ciała. Ale fakturę ma niesamowitą. Prawie nie do wyczucia palcami.